Wizjonerzy czy naciągacze? Chorzy na stwardnienie rozsiane płacą za leczenie niesprawdzoną metodą

Zdesperowani chorzy z SM płacą po kilkanaście tysięcy za zabieg poszerzania żył. Lekarze z kilku klinik w Polsce przekonują, że metoda wymyślona przez włoskiego profesora Paolo Zamboniego przynosi efekty, ale żadne badania tego nie potwierdzają. Negatywne zdanie o tej metodzie leczenia mają konsultanci krajowi neurologii i chirurgii naczyniowej

Naukowcy podzieleni, chorzy jeszcze bardziej

Na forach internetowych wrze od opinii na temat kontrowersyjnej metody. Wiele osób przedstawiających się jako byli pacjenci wychwalają ją i polecają innym. Zdarzają się wpisy, z których wynika, że chorzy poruszający się na wózku zaczęli chodzić. Są też jednak zupełnie inne opinie.

Udało nam się skontaktować z Zofią Starczewską, która zabieg stentowania przeszła w klinice w Katowicach. - Bezpośrednio po zabiegu byłam w euforii. Wróciłam do domu i potrafiłam obrócić się na jednej nodze wokół własnej osi i nie upaść. Szczęście trwało może tydzień, a później wszystko wróciło do normalności. Nie mam pojęcia, czym to było spowodowane - zabiegiem czy może moim podejściem? - była pacjentka mówi, że już nigdy nie wróciła do stanu, który odczuwała zaraz po zabiegu.

Dodaje jednak, że nie czuje się oszukana, bo przy okazji udało się odkryć inną chorobę związaną z krzepliwością krwi i chociaż ona została wyleczona. Szef kliniki EuroMedic Tomasz Ludyga jest zdania, że to nie są efekty placebo, ale wielu ekspertów właśnie tak widzi chwilową poprawę u pacjentów.

Nietani eksperyment

Zofia Starczewska mówi w rozmowie z TOK FM, że jest w kontakcie z innymi chorymi. - Wszyscy, z którymi rozmawiałam, nie odczuli znaczącej poprawy. Jestem zarejestrowana w kole dyskusyjnym, gdzie jest 200 osób. Nie spotkałam się z kimś, kto byłby zadowolony ze stentowania. To zawsze była tylko euforia pierwszych tygodni - tłumaczy kobieta. Za zabieg zapłaciła 12 tysięcy i do końca życia musi brać leki zapobiegające krzepnięciu krwi.

Niewiele mniej w tej samej klinice wyłożył Adam Wazdrąg. Zgodził się z nami porozmawiać i przyznaje, że lekarze od początku mówili, że to eksperymentalna metoda i nie ma pewności, że pomoże. - Nie zmienia to faktu, że wszystko jest tam założone dla pieniędzy i nastawione na pieniądze - mówi Wazdrąg i dodaje, że jego zdaniem lekarze nie zajmują się pacjentem i nie interesują ich efekty zabiegów, które wykonują. Pacjent twierdzi, że w jego przypadku zabieg nic nie zmienił.

Co ciekawe, władze kliniki zapewniają, że leczenie tą metodą kosztuje 9 tysięcy złotych, a pacjenci zgodnie twierdzą, że zapłacili kilka tysięcy więcej. Dodajmy, że są to zabiegi podobne do poszerzania, czyli tzw. angioplastyki tętnic wieńcowych i szyjnych, stosowany powszechnie na przykład po zawale serca. Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za nie średnio 6 tysięcy złotych, a zabiegi, których nie trzeba robić natychmiast, są jeszcze tańsze.