Wejdę na Pałac Kultury i będę krzyczeć

 

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska 2012-02-21, ostatnia aktualizacja 2012-02-21 21:50:59.0

Wszyscy niepełnosprawni są traktowani przez ZUS jak oszuści. Okrutne to i upokarzające. Albo błagamy o pomoc, albo się procesujemy, by wyegzekwować swoje prawa. Nie wszyscy dają radę. Anna Maria Dukat, właścicielka małej firmy Dukat, napisała list do premiera RP.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Rozmowa z Anną Marią Dukat

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska: Co się stało dziewięć lat temu?

Anna Maria Dukat: Praktycznie zginęłam w wypadku samochodowym.

Grudzień 2002 roku. Mam 25 lat. Jestem mężatką. Syn jest malutki. Od niedawna pracuję w firmie pośrednictwa finansowego jako dyrektor do spraw kredytów. Tworzę ogólnopolski system obsługi kredytowej. Moja kariera zawodowa nabiera rozpędu. Właśnie rozpoczynam szkolenia współpracowników. Pierwsze na Pomorzu. Wraz z kolegą wsiadamy do służbowego auta i... poślizg - wbijamy się w tył stara. Sekundy zmieniają całe moje życie.

Co to znaczy?

- Od tego dnia jestem osobą niepełnosprawną. Tracę pracę, męża, nie mam z czego żyć.

Miałam wieloodłamowe złamania czaszki, obrzęk mózgu. W -warszawskim szpitalu na ul. Lindleya trzy tygodnie walczyli o mnie. Gdy się -wybudzi-łam ze śpiączki, myśleli, że nie będę widziała, że będę roślinką. Widzę. Chodzę. Nie straciłam pamięci. Nie ma ubytków inteligencji. Pamiątką po wypadku są blizny nad nosem i lekko zdeformowane czoło, uszkodzony mózg i guz tuż obok nerwów wzrokowych.

Co było dalej?

- Po zakończeniu rehabilitacji chciałam wrócić do pracy. Nie przyjęli. I tak zostałam z małym dzieckiem całkowicie bez środków do życia. Potem mąż odszedł.

Dlaczego?

- Po prostu się popsułam, więc nie byłam mu potrzebna. Tak to czuję. Zrzekł się też praw do syna.

Wychowanie syna, dom, praca, dojeżdżanie z Legionowa do Warszawy - wszystko na pani głowie.

- Łącznie z kredytem mieszkaniowym. Bogu dzięki, że rodzina -pomaga spłacać. Żyję jak każda samotnie wychowująca dziecko matka. Zaraz po wypadku rodzice zaproponowali, żebym z nimi zamieszkała. Powiedziałam: nie. Chcę być samodzielna. Jeślibym utknęła u nich, nie skończyłabym studiów, nie rozpoczęła doktoratu i nie założyłabym swojej firmy. A po latach zostałabym sama z synem bez środków i perspektyw. Tak żyje wielu niepełnosprawnych. Rodzina roztacza nad niepełnosprawnymi taką ścisłą opiekę, że stają się zupełnie niesamodzielni. A państwo w usamodzielnianiu się też nie pomaga. Pozostają do końca życia na dziadowskiej rencie lub łasce pomocy społecznej. Boję się -tego.

A z czego pani żyje?

- Z renty inwalidzkiej. PZU płaci mi też zasiłki rentowe, bo procesuję się o pełne odszkodowanie. Dostałam jedynie 24 tys. zł. Mam też alimenty na dziecko. To, co zarobię w firmie, ledwie pokrywa składki i opłaty. Jest ciężko. Po wypadku nawet nie pomyślałam o rencie. Szukałam pracy. Bezskutecznie. Niedoszłych pracodawców odstraszało, że muszę pracować w specjalnych warunkach. W końcu pomyślałam: pójdę po rentę do ZUS-u. Złożyłam dokumenty i dostałam odmowę. ZUS-owscy orzecznicy uznali, że jestem zdolna do pracy.

Słucham?!

- Też się zdziwiłam. Odwoływałam się dwa razy, i nic. Skierowałam pozew do sądu. Trwało miesiącami. Psychicznie nie wytrzymywałam. Ośrodek pomocy społecznej wypłacał mi zasiłki na dziecko i leki. Wreszcie dostałam rentę.

Stałą?

- Skądże! Na trzy lata. Zaraz sprawdzę, od kiedy do kiedy.

A co to za gruby segregator?

- Historia walki z ZUS-em. A ten najgrubszy to dokumenty dotyczące stanu mojego zdrowia.

Tyle?

- Tak, bo z ZUS-em musiałam też walczyć o ustalenie procentowego uszczerbku na zdrowiu. Po wypadku ZUS wydał decyzję: 13-procentowy uszczerbek. Tak jakbym nogę złamała. Poszłam do sądu i z 13 proc. zrobiło się 78 proc.

78 proc. utraty zdrowia oceniają biegli sądowi, umiarkowany stopień niepełnosprawności stwierdza powiatowy zespół orzecznictwa do spraw niepełnosprawności, a ZUS mówi: zdolna do pracy, bez prawa do renty. Nic z tego nie rozumiem.

- Nikt normalny tego nie zrozumie. Według ZUS-u mogę pracować. Zdaniem powiatowego zespołu do spraw orzecznictwa o niepełnosprawności działającego przy starostwie jestem niepełnosprawna w stopniu umiarkowanym. Jednak to orzeczenie zgodnie z naszymi przepisami nie ma nic wspólnego z prawem do renty. Daje tylko możliwość odliczeń podatku, zasiłków, ulg na przejazdy. Dopiero kiedy sąd orzekł, że jestem jednak częściowo niezdolna do pracy, ZUS przyznał mi rentę. Ale gdy chciałam ją przedłużyć ponownie, odmówił. Znów sąd. Teraz mam rentę do czerwca tego roku. Właśnie składam kolejny wniosek. Jeżeli znów odmówi przedłużenia prawa do renty, wszystko zacznie się od nowa. Poprzednio między jednym a drugim wyrokiem sądu minęły dwa lata. ZUS nie płacił. Wszyscy niepełnosprawni są traktowani przez ZUS jak oszuści. Okrutne to i upokarzające. Dlatego albo błagamy o pomoc, albo się procesujemy, by wyegzekwować swoje prawa. Nie wszyscy dają temu radę.

Założyła pani własną firmę, żeby przestać się użerać z ZUS-em?

- Nie tylko. Postanowiłam nie przejmować się swoją niepełnosprawnością. Poza tym muszę utrzymać dziecko. Państwo nie zamierza mi w tym pomóc. Pracodawcy mnie nie chcą, a zakłady pracy chronionej oferują głównie robienie szczotek, szycie lub sprzątanie. Doszłam więc do wniosku, że jedyną osobą, która może mnie zatrudnić, jestem ja sama.

Był jeszcze jeden powód - jeżeli przeżyłam, to widać mam jakąś misję do spełnienia. Jaką? Zająć się sprawą przedsiębiorczości niepełnosprawnych. Właśnie rozpoczynam doktorat na ten temat.

Pani firma też zajmuje się finansowaniem przedsiębiorczości. Klientami są niepełnosprawni?

- Nie tylko. Ludzie proszą o pomoc w wypełnieniu wniosków o dotacje na założenie własnego biznesu. Prowadzę korepetycje z przedsiębiorczości dla dwójki głuchoniemych studentów.

Ale założenie własnego biznesu to następne kłopoty.

- Samo założenie firmy to kłopot najmniejszy. Najpoważniejszy to brak wsparcia państwa dla mikroprzedsiębiorstw. Może by tak politycy i organizacje zrzeszające przedsiębiorców wsadzili wreszcie głowy pod stoły konferencyjne i zobaczyli, co jest na dole.

Uczestniczyłam kiedyś w konferencji na temat wchodzenia małych i średnich przedsiębiorstw na rynki zagraniczne. Byli paneliści z Ministerstwa Gospodarki, z Państwowej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, ktoś z Krajowej Izby Gospodarczej i pani prezes firmy, która korzysta z takiego wsparcia. Debatowano nad... wchodzeniem małych firm na rynek w Hongkongu. A gdy zapytałam o systemowe wsparcie dla mikroprzedsiębiorstw, zapadła cisza, jakbym popełniła nietakt.

A pani z jakiej pomocy państwa korzysta?

- Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych sfinansował mi studia doktoranckie. Refunduje mi też składki na ZUS. Ale wygląda to tak: muszę zapłacić całą składkę, około 900 zł. Potem PFRON oddaje mi jej część - 360 zł. Dlaczego tak? Nie rozumiem też jeszcze jednego: dlaczego od rencisty przedsiębiorcy ZUS pobiera dwie składki? Jedną płacę jako przedsiębiorca, a drugą z renty jako rencistka.

Pani biuro to malutki pokoik -wynajęty od miasta w starej kamienicy na -Woli.

- 10 m kw. Pieniądze na stworzenie firmy pożyczyłam od rodziny i przyjaciół. Nie dostałam dotacji - biznesplan się nie podobał. Sama pomalowałam ściany. Pieniądze na nowe okno udało mi się wyszarpać z gminy. Inaczej umarłabym tu z powodu przeciągów.

Chociaż samorządy pomagają?

- (śmiech) Dostałam z urzędu gminy fakturę korygującą za wywóz nieczystości - 1 tys. zł. Miesięcznie płaciłam 40 zł. A ile śmieci produkuję codziennie? Kubeczek po jogurcie, kartka papieru i butelka po mineralnej. Napisałam skargę. Obniżono fakturę do 400 zł. To ja biegiem do urzędu. Półtora miesiąca walczyłam. Od 1 listopada 2011 r. jestem zwolniona z opłat za wywóz nieczystości. Nie można było tak od razu? Samo słowo "firma" dla urzędów i państwa oznacza: podatki, opłaty, czyli pieniądze do wyrwania.

I jeszcze wzięła się pani do pisania pracy doktorskiej.

- Wcześniej studiowałam w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Warszawie. Przerwałam. Ciąża zagrożona. Po wypadku usłyszałam od byłego męża, że jest przeciwny mojemu studiowaniu. Wściekłam się: będę krawężniki gryźć, a magistrem zostanę. Zrobiłam magisterium z finansowania działalności gospodarczej niepełnosprawnych, a teraz zaczynam doktorat w Szkole Głównej Handlowej. Kontynuuję temat. Zamierzam zrobić habilitację i... nie tylko. A może zdobędę Nagrodę Nobla za badania nad przedsiębiorczością niepełnosprawnych? Nie ma Polaków noblistów z ekonomii (śmiech).

Do tej pory nikt nie zajmował się przedsiębiorczością niepełnosprawnych?

- Za to na większości konferencji i seminariów biadoli się, skąd wziąć na nich pieniądze...

Tak jakby rząd nie widział, że środki budżetowe tracimy na utrzymywanie niepełnosprawnych, tych, którzy mogliby pracować.

Dużo?

- Ok. 70 proc. Analizowałam samorządową politykę społeczną jednej z gmin. Przeglądałam bilanse z trzech ostatnich lat. 60 proc. pieniędzy na niepełnosprawnych wydawano na zasiłki. Na szkolenia zawodowe - 15 proc. A zero szkoleń motywujących inwalidów do aktywizacji zawodowej czy zajęć dla rodziców dzieci niepełnosprawnych, by umieli je aktywizować społecznie.

Pomoc społeczna produkuje głównie papiery lub przyznaje zasiłki. Czasami ulotkę informacyjną w jakimś urzędzie człowiekowi dadzą. Poszłam wyrobić sobie legitymację osoby niepełnosprawnej. Pytam: - Kiedy odbiór? Za dwa tygodnie. Mówię: - Jest mi bardzo potrzebna. Szukam pracy. Urzędniczka rzuciła mi przez biurko ulotkę z adresami fundacji dla niepełnosprawnych: - Pani poczyta.

Co się wtedy czuje?

- Że niepełnosprawność to wyrok, że straciło się część życia, że jesteś gorszy, niepotrzebny, zawadzasz. Nawet instytucje państwa dają ci to odczuć. Nietolerancja okrutnie boli.

Nie buntuje się pani?

- Buntuję. Media trąbią o nietolerancji wobec homoseksualistów, a o braku tolerancji dla niepełnosprawnych ani słowa. Homoseksualiści pokazali swój problem. A z niepełnosprawnymi jest tak, że nie zawsze mogą się nawet skrzyknąć. Powód - ograniczenia zdrowotne i fizyczne. Dlatego są taką samą -kategorią społeczną jak wykluczeni lub -bezrobotni. Ciekawe, co by było, gdybyśmy jeżdżąc na wózkach, zablokowali rondo de Gaulle'a w Warszawie? Co rząd by zrobił?

Dlatego napisała pani list do -premiera?

- Napisałam tak: "W Pana exposé bardzo podobały mi się słowa, że razem możemy zrobić wiele. Jednak nie słyszałam ani słowa o osobach niepełnosprawnych oprócz zapewnień bezpieczeństwa rent. To, co jest dla mnie ważniejsze (...), to możliwość pracy zawodowej. Ja chcę pracować, chcę się sama utrzymywać. Dzięki temu chcę pomóc innym osobom niepełnosprawnym i zaoszczędzić dla budżetu państwa (...). Praca dla niepełnosprawnych to oszczędności i podatki dla budżetu. Nie trzeba cięć wydatków, trzeba zmian w sposobie myślenia i w prawie".

Była jakaś odpowiedź od premiera?

- Nie. Ale zostałam zaproszona do Klubu Parlamentarnego Ruchu Palikota. Opracowuję dla nich nowelizację prawa. A jak się nic dalej nie zmieni, to... wejdę na Pałac Kultury i to wszystko wykrzyczę. 

Źródło: Wejdę na Pałac Kultury i będę krzyczeć.

 


Ha! No to jest to właśnie co ja mówię. Że chorzy, niepełnosprawni są realnie