Szpital nie będzie leczyć chorej na stwardnienie rozsiane, bo... lek nie jest refundowany

 

Wrocławski Sąd Apelacyjny zmienił postanowienie Sądu Okręgowego, który nakazał szpitalowi leczenie pacjentki chorej na stwardnienie rozsiane (SM) lekiem Gilenya. Preparat jest zarejestrowany w Polsce, ale nie jest refundowany.


 

Rozmowa z prof. Walentym Nyką, neurologiem z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, konsultantem województwa pomorskiego w dziedzinie neurologii

Marzena Żuchowicz: Szpitale w całym kraju zadrżały na wieść o bezprecedensowym orzeczeniu wrocławskiego sądu, który w marcu nakazał leczyć pacjentkę drogim, nierefundowanym przez NFZ lekiem. Obawiali się, że uruchomi to całą lawinę podobnych przypadków...

Prof. Walenty Nyka: No tak, mnóstwo ludzi czeka na leczenie, które nie jest w Polsce refundowane. Żaden szpital by tego nie udźwignął.

Jak pan profesor zareagował, słysząc tę decyzję?

- Pomyślałem, że sąd nie powinien o takich sprawach decydować, tylko czekać na opinię biegłych. Gdyby wtedy zaczekał, nie doszłoby do takiej sytuacji, jaka jest teraz.

Ale chodziło właśnie o to, że pacjentka nie mogła czekać. Jej stan pogarszał się z tygodnia na tydzień.

- Taką formę walki o lek przyjęła pacjentka, jej adwokat. Zresztą trudno jej się dziwić, bo podobnie jak wielu innych młodych ludzi chorych na stwardnienie rozsiane w Polsce jest po prostu przyparta do muru. Wolałbym jednak usłyszeć, co na temat przyjmowania przez nią leku Gilenya uważa niezależny autorytet medyczny. Powinna zwrócić się do ośrodka w Łodzi, gdzie są najlepsi specjaliści w tej dziedzinie, i oni mogliby wydać opinię, jak powinna być leczona. Z taką opinią miałaby w sądzie szansę.

Jak wpłynie to na stan jej zdrowia?

- Fatalnie. Stwardnienie rozsiane jest chorobą, na którą duży wpływ ma stan psychiczny pacjenta. A dla tej pacjentki to jest dramat: fakt, że jej się zabiera lek, o który tak walczyła. Może to skutkować zmniejszoną odpornością, kolejnym rzutem choroby.

 


Jak powiedziała w środę rzeczniczka Sądu Apelacyjnego w zakresie spraw cywilnych Małgorzata Lamparska, sąd zmienił i oddalił postanowienie sądu pierwszej instancji, co oznacza, że pacjentka może nie uzyskać leczenia, którego domaga się od szpitala.

Uzasadniając postanowienie sądu Lamparska podkreśliła, że brak jest przepisów, które pozwalałby pacjentowi domagać się od konkretnej placówki medycznej leczenia wskazanym przez niego lekiem.

"Sąd dostrzega aspekt moralny tej sprawy, jak ważne jest życie i zdrowie. Jednak biorąc pod uwagę materiał dowodowy przedstawiony przez pacjentkę sąd nie znajduje podstawy do uzasadnienia tak sformułowanego roszczenia, że pacjent chce być leczony w tej placówce i takim środkiem" - mówiła sędzia.

Lamparska podkreśliła przy tym, że decyzja Sądu Apelacyjnego w żaden sposób nie rzutuje na wyrok w procesie cywilnym, który toczy się przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu. "Postanowienie Sądu Apelacyjnego zapadło w trybie tzw. zabezpieczenia powództwa, czyli nie jest to sprawa właściwa, która jeszcze się toczy. Natomiast w trybie zabezpieczenia powództwa, przed wniesieniem sprawy właściwej, powódka wystąpiła o zabezpieczenie roszczenia. Uzyskała taką ochronę w sądzie pierwszej instancji, w sądzie drugiej instancji to postanowienie zostało zmienione" - tłumaczyła Lamparska.

(...)

 

Jak powiedział PAP zastępca komendanta ds. lecznictwa szpitalnego 4. Wojskowego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu płk. Wiesław Ruszkowski status pacjentki na razie się nie zmieni, nadal będzie otrzymywała lek Gilenya. "Po otrzymaniu decyzji Sądu Apelacyjnego specjaliści z naszego szpital zdecydują jak dalej będzie leczona" - powiedział


Pacjentka powiedziała, że nie zgadza się z postawą niektórych lekarzy w szpitalu, którzy - jej zdaniem - wydali opinię, że lek jej nie pomaga.

- Tymczasem po przyjmowaniu tego leku zaczęłam chodzić. Teraz zamierzam za kilka dni jechać na rehabilitację, na szczęście dzięki pomocy ludzi mam zapas leku na dwa tygodnie - powiedziała pacjentka.