Szpital jednak walczy. Ale nie o zdrowie pacjenta.

Okazuje się, że wyrok sądu nakazujący szpitalowi leczyć (sic!) jest dla szpitala dużą przeszkodą w działaniu i walczy jak może, żeby nie leczyć. Jak czytam na blogu (http://annazelent.blogspot.com/2012/03/dorota-zielinska.html)

Ręce opadają... Rozmawiałam właśnie z Dorotą. Zgodnie z ustaleniami z piątku, zgłosiła się dziś do szpitala po lek. Ale go nie dostała. Dostanie jutro. Ale - wyłącznie wówczas, kiedy będzie przebywać w szpitalu. Tylko wówczas Gilenya będzie jej podawana. Ponadto szpital zmienił zdanie - i wbrew zapewnieniom z ubiegłotygodniowej konferencji prasowej będzie się od nakazu sądu odwoływał oraz podejmie próbę udowodnienia, że Gilenya to nie jedyny lek, jaki może Dorocie pomóc. Tak oto w demokratycznym i wolnym kraju Dorota została więźniem szpitala. "Jestem jak w więzieniu". Naprawdę nie wiem, co napisać. Chyba tylko tyle, ze wydawało się za pięknie, aby okazało się prawdziwe...