Czy Zbigniew Tymowicz trafi do więzienia, bo się bronił?

Scyzoryk

Niepełnosprawny 64-letni mężczyzna z Lipna ma zostać oskarżony o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowia w sytuacji przekroczenia granic obrony koniecznej. To był czwarty raz, gdy Zbigniew Tymowicz został napadnięty na ulicy Traugutta w Lipnie. Obronił się - scyzorykiem

Akt oskarżenia jest już przygotowany. Alicja Cichosz, kierująca Prokuraturą Rejonową w Lipnie, potwierdza, że najprawdopodobniej złoży na nim podpis i skieruje do sądu. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, 64-letni Zbigniew Tymowicz ma zostać oskarżony o przekroczenie granic obrony koniecznej i spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu u młodszego o prawie 40 lat Daniela Z., który napadł go na ulicy.

 

Ulica Traugutta jest wąska i kiepsko oświetlona. Biegnie między domami na lipnowskim blokowisku. Tamtego listopadowego wieczoru 64-letni pan Zbigniew wracał do domu ze sklepu, w którym kupił dwie cygaretki („Każda po 1,29 zł”). Pamięta dokładnie, bo pieniądze w jego życiu, w zasadzie ich niedobór, to sprawa istotna. W marcu zeszłego roku po nodze przejechał mu tir. Od tego czasu jest osobą niepełnosprawną w stopniu znacznym, porusza się o kuli, utrzymuje z zasiłków z pomocy społecznej (łącznie ok. 500 zł) i posila zupkami z MOPS-u.

Scyzoryk do kieszeni
W ciągu ostatnich pięciu lat na ul. Traugutta pana Zbigniewa atakowano już czterokrotnie. Zawsze czynili to ludzie młodzi. Grupy wyrostków lubią tu gromadzić się na ławkach, popalając, popijając, dłubiąc w nosie z nudów i szukając zaczepki.
- Za pierwszym razem tylko drobne z kieszeni mi zabrali, ale się wystraszyłem. Podczas kolejnej napaści nie krzyczałem już „ratunku!” i „policja!”, bo obejrzałem w telewizji program o tym, że takie wołanie nie pomaga. Wołałem więc „pożar”, „pali się”. Ktoś się zainteresował i napastnicy spłoszeni uciekli - relacjonuje pan Zbigniew.
Od tamtej pory jednak nie ruszał się z domu bez scyzoryka w tylnej kieszeni spodni. Dość szybko okazało się, że słusznie. - Gdy ruszyli na mnie trzeci raz, natychmiast wyjąłem scyzoryk. „Oooo, kosę ma” - padło. I chłopcy zrezygnowali - wspomina.
W sobotę, 23 listopada 2013 roku, wracał ze sklepu również ze scyzorykiem w kieszeni. Było już po godz. 21. Zaatakował go młody mężczyzna, szybko zbliżający się z naprzeciwka. Zaczął od potężnego ciosu w twarz.
Po twarzy, po żebrach...
- Po tym ciosie okulary dosłownie wbiły mi się w oczy - zapewnia lipnowianin i wyciąga komórkę. Pokazuje zdjęcie zrobione mu kilka dni po napadzie. Wokół oczu ma fioletowo-czarne sińce, na przeciętej dolnej wardze - potężny strup. Dziś, kilkanaście dni po tym dramatycznym wydarzeniu, wygląda już lepiej, choć ślady na twarzy są jeszcze widoczne.
Po uderzeniu w twarz przewrócił się i stracił orientację. Gdy ją odzyskał, leżał na brzuchu, a napastnik go obszukiwał. Z tylnej kieszeni spodni wyjął mu portfel. Zbigniew Tymowicz próbował coś powiedzieć, gdy złodziej przewracał go na plecy. - Wtedy dostałem solidnego kopa w żebra i w twarz - dodaje pan Zbigniew. - Jakim cudem udało mi się wyjąć scyzoryk, sam już nie wiem. Ale wyjąłem i zadałem cios. Potem drugi. Ten bandzior zniknął, a ja zacząłem krzyczeć.